Cracovia Maraton – część 3
A to bardzo subiektywny wybór zdjęć kadrowanych w pionie.
Nie są to zbyt dobre zdjęcia, ale ukazują jakiś ciekawy moment…
Unoszący się balon, biegacza zawieszonego w powietrzu, czy ptaka w tle…
A to bardzo subiektywny wybór zdjęć kadrowanych w pionie.
Nie są to zbyt dobre zdjęcia, ale ukazują jakiś ciekawy moment…
Unoszący się balon, biegacza zawieszonego w powietrzu, czy ptaka w tle…
Dzień dziewiąty - ostatni dzień pobytu na Islandii – odlot po 15-tej.
W oddali Blue Lagoon spa in iceland
Aktualizacja (czerwiec 2010) – widok na Blue Lagoon.
Most łączący dwa kontynenty:
W pobliżu lotniska licznik wskazywał już prawie 3000km
Na lotnisku w Keflaviku pasażerów żegnają wszechobecne w Reykjaviku rzeżby:
I to by było na tyle…
Fajnie było. Krótko, po za sezonem, kiepska pogoda, ale super widoki i wrażenia.
Kraj który kiedyś jeszcze odwiedzę, by zobaczyć fiordy zachodnie, zieleń zamiast śniegu, puffiny i wieloryby na północy i jeszcze kilka wodospadów…
Polecam wszystkim odwiedzenie Islandii.
Dzień ósmy - ostatni pełny dzień mojego pobytu na Islandii.
Krótki samotny spacer po mieście, moje kochanie załatwiało sprawy na uczelni.
A to eksmisja anarchistów ze squatu:
Aktualizacja (czerwiec 2010) – a tu podobny widok na żywo.
Podglądanie wielorybów – podejście drugie:
Na początku były tylko delfiny i ptaki…
Aż w końcu pojawił się ten widok
ledwo widoczny wydmuchiwany strumień wody:
I o to ON – najmniejszy wieloryb pływający wokół Islandii
Płetwal karłowaty – Wikipedia, wolna encyklopedia
Warto było ponownie wypłynąć na morze
Popołudniowy spacer po mieście:
Na kolację rybne szaszłyki.
Jeszcze krótki spacer po mieście wieczorem i trzeba się pakować.
Dzień siódmy - powrót do Reykjaviku.
Moja wersja czarnej plaży w Vik, ach ta pogoda na Islandii
Wiało i padało poziomo.
Just Buniak!: Trip to Vik 7 – zdjęcia Ivita Germaine i Elmar Pels – a tak było tam w marcu. Just Buniak!: Trip to Vik 5
Skogafoss:
Seljalandsfoss:
„Od tyłu¨:
A to zdjęcie w małym stopniu oddaje kolor tej rzeki – błękit wody prosto z lodowca to jest to:
A to już – Gullfoss:
A tak wygląda samochodzik na wyprawy w interior i na lodowce – jak by ktoś miał wątpliwości to ten czerwony
Dolina Haukadalur. Wyrzucający wodę na wysokość nawet 35 metrów gejzer Strokkur:
A to ojciec czy matka wszystkich gejzerów - Geysir:
Przez 6 wieków wyrzucał wodę nawet na wysokość 80 metrów. Od lat 60-tych XX wieku robi to już tylko sporadycznie po trzęsieniach ziemi. Ostatni raz w roku 2000 w czerwcu.
A to już Pingvellir Park:
To tu od 930 roku zbierał się Althing – parlament:
Tu też podpisano dokumenty zakładające Republikę Islandii w 1944 roku.
I tak po przejechaniu ponad 2800 km znowu znaleźliśmy się w Reykjaviku.
Widok na kościół Hallgrimur – akurat cały w rusztowaniach był:
Aktualizacja (czerwiec 2010) a to zawsze aktualny widok.
Muzeum osadnictwa 871 +/_ 2 – nazwa sama mówi za siebie – na tą datę plus-minus 2 lata szacuje się pierwsze odkrycia archeologiczne na terenie Reykjaviku związane z osadnictwem:
Reykjavik to około 120,000 mieszkańców, ale Greater Reykjavik Area to już
jakieś 200,000.
A całe państwo to dane ze stycznia 2008 – 291,942 mieszkańców w tym prawie 9000 naszych rodaków.
Dzień szósty - czyli „lany poniedziałek”.
Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną podróż z Reydarfjodur na południe, a potem południowym wybrzeżem za zachód aż za Vik.
Najpierw jechaliśmy wzdłuż fiordów wschodnich.
Odpływ:
A to widok na miasteczko Hofn:
Nie ma to jak prosta, pusta, prawie płaska droga:
A to stado reniferów – rozpadał się śnieg:
A to już – lodowa laguna – Jokulsarion:
Uaktualnienie (czerwiec 2010) – to widok na żywo.
Wszyscy wypatrują pierwszych fok tego roku…
Dzień piąty - czyli Wielkanoc 2009.
Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wyprawę do wodospadu Dettifoss.
Droga momentami była położona bardzo wysoko nad poziomem morza.
Widok na Akureyri:
A to jest jezioro – zamarznięte jezioro pokryte śniegiem , który jest w ciągłym ruchu i sprawia wrażenie jakby nad taflą lodu ciągle była mgła:
A to widok na Husavik, skąd w sezonie wypływa się na oglądanie wielorybów:
A to muzeum z niewiadomych przyczyn zostało przeniesione z Reykjaviku do Husaviku na północy
A tak zaczynała się droga 864:
Niespełna 50km droga w połowie której jest wodospad Dettifoss była zamknięta…
I niestety trzeba było wracać tą samą drogą, tym razem w kierunku jeziora Myvatn.
Dno jeziora Myvatn jest aktywne tektonicznie, więc co jakiś czas (co kilka lat) na jeziorze pojawia się nowa „wyspa”:
A tak wyglądał początek drogi klasy „F” czyli dostępnej tylko dla samochodów 4×4. Ale chwilowo nawet dla takich aut droga nie była przejezdna.
A to już odkuwanie nadkoli z lodu:
Widok z okna – nocleg w Reydarfjodur:
W identycznym domku spaliśmy.
Czwartego dnia jedząc śniadanie mieliśmy taki widok jak powyżej.
Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wyprawę na fiordy zachodnie.
Plan był taki – jedziemy jak najdalej się da zmierzając do Isafjordur, w którym akurat odbywał się festiwal muzyczny. A w połowie dnia zaczynamy wracać z powrotem do Hvammstangi.
W pewnym momencie droga 61, która co jakiś czas na kilka kilometrów stawała się z asfaltowej drogą szutrową – o jakości i „płaskości” o wiele lepszej niż nie jedna droga asfaltowa w polskich miastach, była lekko zasypana śniegiem i oblodzona pomimo jeżdżących pługów.
Ten ciemny punkt na lodzie to foka:
Tuż za tym miejscem zabraliśmy na pokład trójkę autostopowiczów. Jak się szybko okazało Polaków jadących na festiwal, którym zepsuł się samochód. Przez następne 90 minut nie zrobiłem żadnego zdjęcia… wszyscy w samochodzie mieliśmy tylko nadzieję na szybki przejazd przełęczą drogą, która pomimo mijanego pługu okazała się cała biała.
Mając spore opóźnienie, postanowiliśmy w najbliższym miasteczku Reykjanes zatankować i powoli wracać już.
Nasi pasażerowie podziękowali za podwiezienie i szybko wskoczyli do ciepłego basenu na świerzym powietrzu. A my zadzwoniliśmy
na numer podany na zamkniętej stacji benzynowej, po chwili z pobliskiego hoteliku wyszedł facet i mogliśmy zatankować.
A to widok z samochodu na wspomnianą wcześniej drogę:
Tak, tak to nadal asfaltowa droga regularnie odśnieżana przez pługi
A tak wyglądało nadkole po przejechaniu kilku kilometrów po oblodzonej drodze. Jak to dobrze mieć w samochodzie opony z kolcami
Półwysep na którym leży miasteczko Hvammstangi słynie z koloni fok.
Zatoka fok – niestety jeszcze bez fok.
Za to jak wszędzie na Islandii było dużo farm z konikami
Dzień trzeci naszej wyprawy rozpoczęliśmy od powrotu na „stały” ląd. A potem jazda z Porlakshofn na północ zachodnim wybrzeżem do Hvammstangi, gdzie mieliśmy zaplanowane dwa noclegi.
Prom w Wielki Piątek był prawie pusty.
Krajobrazy za oknem zmieniały się jak w kalejdoskopie.
Tunel pod Hvalfjordur:
Gdzieś w pobliżu drogi 54:
Półwysep Snaefellsnes:
Kamienny most:
A to widok z niego w kierunku lądu:
Maszt radiowy w Irskibrunnuj – 412 metrów wysokości:
I na kilkanaście kilometrów przed Hvammstangi koniec drogi 59:
Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia ujrzeliśmy lisa polarnego. Brak zdjęcia wynika z zaskoczenia jego widokiem:)
Reszta drogi znowu przebiegała bez problemowo, kłopoty zaczęły się w dniu następnym, ale o tym już w następnym wpisie o Wielkiej Sobocie na Islandii.
Cały drugi dzień wyprawy spędziliśmy na wyspie Westman. To tu 23 stycznia 1973 roku wybuchł wulkan, który w ciągu pięciu miesięcy zniszczył sporą część wyspy.
Początkowo pogoda nawet była ładna. Dookoła bazie, prawie jak święta
Dość szybko krajobraz stał się taki:
Pompeje północy:
A to wejście do portu:
Zaczęło tak mocno padać i wiać, że postanowiliśmy wrócić się po wypożyczone Polo.
I tak najpierw na piechotę, a potem też samochodem zwiedziliśmy całą wyspę prawie.
Niestety było jeszcze za wcześnie na Puffiny, które jeszcze nie przyleciały na wyspę.
Następnego dnia czekał nas powrót promem i jazda na północ Islandii. Ale o tym już następnym razem
Wylądowałem na lotnisku w Keflaviku tuż po północy z wtorku na środę, dzięki dobrym wiatrom 40 minut przed czasem. W Polsce było po 2 w nocy.
Już przed 9 rano poszliśmy do portu, aby wypłynąć „na wieloryby”. Po krótkiej jeździe autokarem znaleźliśmy się na statku.
Rejs trwał około 3 godzin. Niestety tym razem oprócz delfinów nic innego nie udało się zobaczyć.
A już po trzeciej pakowaliśmy się w wypożyczone Polo.
W drodze gdzieś pomiędzy Reykjavikiem , a Porlakshofn.
I już na promie:
Po prawie 3 godzinach od wypłynięcia z Porlakshofn można było wreszcie ujrzeć wyspę Vestmannaeyjar (Heimaey).
Ale o samej wyspie już w następnym wpisie.
Uwaga techniczna – we wpisach będę stosował nazwy bez znaków specjalnych i liter występujących w języku islandzkim.
Powered by WordPress